Baba z jajami
Fot.: sxc.hu
Niewrażliwy na uroki promocji super i hipermarketów, od dawna zaopatruję rodzinę w jaja prosto od kury, w drodze zakupu u Baby, w Pułtusku. Baba (wyposażona w kierowcę, męża, jak się dowiedziałem, zajeżdża już o siódmej rano czerwonym volksvagenem Transporterem każdego dnia pod trotuar na ulicy nieopodal mojego miejsca pracy i sprzedaje towar „aż do ostatniego jaja”, czyli mniej więcej do południa.
Jaja są przednie (aczkolwiek miejsce przybrania ostatecznej formy raczej tylne), tanie i jajecznica nie jedzie rybą. Utrzymujemy więc te merkantylne stosunki od kilku lat, ku obopólnemu zadowoleniu.
Ostatnio jednak powziąłem podejrzenie, że Baba nie jest ze mną całkiem szczera. Tuż przed Wielkanocą, zobligowany większym niż zwykle zapotrzebowaniem Żony, udałem się do Baby w celu sfinalizowania poważniejszej transakcji. Baba była na miejscu, zaopatrzona jak należy, ale ciut nieswoja, jakby. Gdy pakowała ostatni pojemniczek cud-jajami, zauważyłem na niektórych stempelki! Zgroza! Odwołałem się więc do swojej wyćwiczonej ostatnio asertywności (w skali 1 – 10 mam równe 15) i zwróciłem Jej grzecznie, ale stanowczo uwagę na ten fakt nielojalności w stosunku do stałego, bądź co bądź, klienta. A Baba, wytrawna przedstawicielka klasy kupieckiej, na to:
- Panie, taki ruch przed Świętami, nie zdążyłam zmyć!
Zatkało mnie do tego stopnia, że asertywność też nie pomogła. Zapłaciłem, pożyczyłem „Wesołych Świąt” i Żonie się nie przyznałem do fałszerstwa Baby. Stosunki handlowe kwitną, Baba ma w Transporterze piecyk gazowy na zimę, przymierza się do telewizora. Stempelków od tego czasu już nie zauważyłem.
Pan El, Pułtusk, kilka dni przed Wielkanocą 2009.
