Dziugawina

Fot.: sxc.hu
Siedzę ja sobie na przyzbie domku w Partęczynach i czytam książkę; tę, co jej jeszcze nie czytałem. Spokój, cisza, psy nie szczekają, auta nie warczą, bachory ryjów nie drą. Ot, sielanka.
- Dziń dobry! – słyszę nagle – Dziugawina potrzebna?
Patrzę, Baba jakaś. Z rowerem, objuczonym torbami, jak egipski peżot.
- Dzień dobry, – odpowiadam i zastanawiam się, czy potrzebna.
- A co to takiego?, – pytam, bo skąd mam wiedzieć, czy potrzebna, jak nie wiem, co to takiego?
- A o! – Baba wyciąga z torby garść bladoczerwonych koralików.
- Żurawina! – ucieszyłem się, że poznałem tajemnicę Baby i zaraz się zmartwiłem, że niepotrzebna, bo mi się żal Baby zrobiło.
- No, mówię, dziugawina! – powtórzyła Baba z nadzieją w głosie.
- Niepotrzebna, – uciąłem asertywnie.
- To do widzenia, – rzekła Baba ze smutkiem w głosie i pogrążyła się wraz z rowerem i torbami w gąszczu domków. Rozdział zacząłem od początku.
(Chwila z życia w Partęczynach, ośrodku wyp. na jeziorem Partęczyńskim Wielkim, pow. 323,8 ha, max. gł. 28,4 m, dwie wyspy, w tym jedna rezerwat storczyka obuwika, występuje płoć, troć, szczupak, krąp, sielawa, węgorz i inna gadzina, wrzesień 2008).
Egipski peżot wygląda mniej więcej tak:
Fot.: virtualtourist.comA przeładowany egipski peżot za to tak:

